Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ferraty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ferraty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 października 2014

Via ferraty w Ötztalu-Austria, sierpień 2014r.


Link do mapy Doliny Otztal


                     Ötztal-Austria, 22.08.-31.08. 2014r.

     Wstęp:


  Malownicza dolina Ötztal kojarzy się raczej z zimą i narciarstwem. Ośrodki sportów zimowych takie jak Sölden, czy Obergurgl, należą do najlepszych i największych w Alpach. Dolinę zamykają potężne lodowce, o których miejscowi przewodnicy mówią, że wbrew powszechnej tendencji, nie kurczą się. Decyduje ponoć ich ułożenie względem słońca.
  Nas nie interesowały tym razem ani narty, ani lodowce, ale duża ilość nowych i atrakcyjnych dróg żelaznych, śmiało poprowadzonych na zboczach doliny, przez wodospady i kaniony. Za wyborem tego rejonu przemawiała też stosunkowo łatwa dostępność ferrat, bez używania kolejek, które są bardzo drogie i bez mozolnych, kilkugodzinnych wędrówek do podnóża właściwej drogi.
  Oprócz tych niewątpliwych zalet , dolina okazała się bardzo urozmaicona krajobrazowo. Od stromych przełomów płynącej jej dnem spienionej rzeki w drodze do Sölden, do szerokich pastwisk okolic Langenfeld i Huben. Nie mówiąc już o dwóch potężnych wodospadach, Stuibenfall (najwyższy w Tyrolu) i Lehner (przez oba prowadzą via ferraty).

  Dzień pierwszy, 23. 08.

  Wczoraj ok. tysiąc kilometrów  z Polski udało się przejechać w miarę bezboleśnie. Kilka remontów przed Salzburgiem nieco spowolniło tempo jazdy, ale jeszcze przed zmrokiem zameldowaliśmy się na kempingu za miejscowością Huben w kierunku na Sölden. Mieszkamy na wysokości 1200 m, co przejawia się w dość zimnych nocach. Kemping jest pustawy, warunki sanitarne bardzo przyzwoite, jedynym problemem jest brak dostępu do internetu, o czym dowiedzieliśmy się dopiero na drugi dzień i nie chciało nam się zwijać naszego "Hiltona"( 2 pokoje z kuchnią) i przenosić na inny kemping.
Nasz kemping,"Hilton" na pierwszym planie, Innerer Hahlkogel w tle.
  Towarzystwo na kempingu zmienia się jak w kalejdoskopie: Są Czesi "piwni", którzy przywieźli sobie cały samochód własnych wyrobów chmielowych i jedyny ruch jaki wykonują to droga od namiotu do ubikacji. Są natomiast dość spokojni i nieszkodliwi. Jest młodzież w ilości 8 osób plus niemowlę i wszyscy jakimś cudem wchodzą na noc do niedużego busa. Są kajakarze górscy, którzy suszą na płocie swoje pianki, czasem pojawi się jakiś rowerzysta, gdyż zbliża się coroczny maraton kolarski i wszyscy ćwiczą zawzięcie po górach.
  Sobota przywitała nas deszczem i nie zapowiadało się na szybkie wypogodzenie. Postanowiliśmy pojeździć trochę po okolicy i poszukać możliwości darmowego internetu. Okazało się, że nie ma takiej opcji i nawet na stacjach narciarskich, gdzie jak pamiętamy z zimy, zawsze były miejsca z "free Wi-Fi", znaleźliśmy tylko ograniczony dostęp do kilku portali miejscowych. W sumie trochę odpoczynku od internetu nie zaszkodzi, a pogodę mogliśmy sprawdzać w informacji turystycznej. Pogoda z resztą do końca była tak zmienna, że przestaliśmy się nią przejmować i robiliśmy swoje.
  W tym pierwszym dniu, gdy deszcz po południu ustał, wybraliśmy się na rowerach z naszego kempingu do Langenfeld ładną trasą rowerową nad szosą i rzeką Ötztaler Ache. Pojeździliśmy trochę po okolicy i wróciliśmy do namiotu.

  Dzień drugi, 24. 06.

   Rano mżył nieduży deszczyk, góry skrywały gęste chmury, ale my mieliśmy mocne postanowienie "zrobić" dzisiaj pierwszą via ferratę. Na początek wybór padł na krótką, ale jak wynikało z opisu, wymagającą żelazną drogę położoną  nad Sölden. Mimo mżawki, zapakowaliśmy cały szpej do auta i ruszyliśmy do Sölden. Plan był taki, aby czekając na pogodę i wyschnięcie skał, pobawić się trochę w miejscową odmianę Geocachingu  (międzynarodowa gra polegająca na ukrywaniu i szukaniu skrytek za pomocą GPS). Jeszcze wczoraj w informacji turystycznej znaleźliśmy mapkę, na której było zaznaczonych sześć punktów wraz z koordynatami geograficznymi i zabawnymi podpowiedziami. W każdym punkcie była ukryta różnej wielkości skrytka, należało odpisać kody i na końcu zgłosić się do informacji turystycznej w Sölden.
Geocaching nad Sölden
  Trasa skrytek prowadziła piękną Panoramaweg nad miejscowością z widokiem na właśnie odsłaniające się szczyty i lodowce. Nam wprawnym "keszerom" skrytki nie sprawiły dużej trudności, zwłaszcza, że zabawa przeznaczona była raczej dla dzieci. Nie spiesząc się i czekając na pełne słońce, wędrowaliśmy po ukwieconych łąkach i zbieraliśmy grzyby w lesie (w sam raz na urozmaicenie kolacji).
  Pogoda zrobiła się piękna, więc po zakończeniu zabawy, jej finał pozostawiliśmy na później i pojechaliśmy na parking niedaleko kolejki Gaislachkogelbachn. Stamtąd czekało nas ok. pół godzinne podejście w kierunku hali Moosalm, a dalej do początku Sölden klettersteig i wejścia w skałę. Pod koniec drogi minęliśmy sporą grupę młodzieżową z instruktorami. Wiedzieliśmy, że trzeba się sprężać z ubieraniem w uprzęże, bo jak oni wejdą w ferratę, to dwie godziny z głowy. Nasze obawy okazały się niepotrzebne, gdyż grupa jak to grupa była mało mobilna i gdy my po godzinie schodziliśmy na dół, oni jeszcze nie wszyscy weszli w skałę.
Ferrata szkoleniowa nad Sölden
  Ferrata mimo, że nazwana szkoleniową, miała trudność D i okazała się mocno eksponowana, z jedną przewieszką i kilkoma siłowymi przejściami. Pod koniec było rozgałęzienie na łatwiejszy i trudniejszy wariant. Moi chłopcy zarządzili, że idziemy na trudniejszy, więc ja na ostatnich rękach poszłam za nimi. Na szczęście było to tylko pół godziny, więc dałam radę. Zejście dość strome i na początku ubezpieczone doprowadziło nas do startu. Stamtąd polanami i lasem wróciliśmy do auta.
  Wspomniałam już o grzybach. Było ich masę, a miejscowi patrzyli na nas ze zgrozą jak zbieramy całe siatki. Tam nikt nic nie zbiera. Schodząc z kolejnej ferraty zbieraliśmy brusznicę do słoika, albo wprost do buzi. Jakaś młoda para zapytała ze strachem w oczach, czy jesteśmy pewni, że to jest jadalne i w ogóle co to jest. Tłumaczyłam cierpliwie, że to takie jagody, z których robi się konfitury do mięsa i serów, a można też jeść bezpośrednio. Nie wyglądali na przekonanych. Co lepsze, w sklepach na półkach stoi brusznica w słoikach. Myślę, że tam przetwory domowe robią już chyba tylko wiekowe gaździny. Brusznicy w lesie było tak dużo, że w kilkanaście minut mieliśmy cały słoik i zrobiona z cukrem służyła do końca pobytu. Grzyby zbierane tylko przy zejściach z ferrat były w naszym codziennym menu, aż mieliśmy ich już dość i trochę zamarynowałam.
  Wracając na kemping zajechaliśmy jeszcze do informacji, by zobaczyć co z naszymi kodami ze skrytek. Pani odebrała od nas wypełnioną mapkę i przyniosła z zaplecza tajemniczy kuferek zamknięty na wielką kłódkę z kodem do wpisania. Szybko wpisaliśmy kod, a w kuferku była cała masa różnych gadżetów związanych z Sölden; smyczki, odznaki, długopisy, naszyjniki z kamieni i takie tam. Bartek sobie coś tam wybrał i pojechaliśmy na kemping. Takie proste, a jaki świetny pomysł na zabawę w górach dla całej rodziny, a zarazem sposób na zachęcenie nawet całkiem małych dzieci do wędrówki. Później odkryliśmy jeszcze kilka takich tras w sam raz na przeczekiwanie złej pogody.
Rozświetlona kaplica na ciemnej "Sagenweg"
  Po obiedzie, czy raczej kolacji, mieliśmy w planach jeszcze jedną atrakcję. Czytając o dolinie Ötztal, dowiedzieliśmy się, że całkiem niedaleko, nad Huben, istnieje tzw. Sagenweg, czyli droga legend. Jest to trasa złożona z czternastu   kilkumetrowych rzeźb z metalu, mających przedstawiać postaci z miejscowych legend. Rzeźby są ułożone wzdłuż  górskiej drogi, najpierw w lesie, potem na polanie i według informacji mają być wieczorem oświetlane kolorowymi światłami, co na zdjęciach robiło niesamowite wrażenie.
  Autorami tych rzeźb są właściciele schroniska Fuerstein,, do którego prowadzi droga. Noc była gwiaździsta, więc postanowiliśmy zobaczyć tę iluminację. Przyjechaliśmy na początek drogi, ale było raczej ciemno. Postanowiliśmy jednak iść w górę, mając nadzieję, że światła ktoś zaświeci później, albo że zaświecają się na fotokomórkę. Nic takiego nie nastąpiło, przeszliśmy całą drogę w egipskich ciemnościach, oświetlając sobie rzeźby czołówkami. Na samej górze dość stromej wspinaczki napotkaliśmy tym razem pięknie oświetloną kaplicę, bardzo ładną, zbudowaną z drewna i szkła. Niedalekie schronisko było nieczynne i być może to tłumaczyło brak oświetlenia  rzeźb. Był to jednak sezon turystyczny, a przy wejściu na trasę nie było żadnej informacji, że ekspozycja jest nie czynna, a we wszystkich broszurach czytaliśmy, że trasa jest bezpłatna i czynna cały rok.                                                                                                                      
"Ogniści jeźdźcy" w świetle naszych czołówek.
 Mało to profesjonalne Spacer pod gwiazdami był za to bardziej tajemniczy, a czarownice, smoki. ogniści jeźdźcy i diabły wyłaniające się w świetle naszych czołówek też mogły nie źle przestraszyć. W drodze towarzyszyły nam  jakieś świecące oczy, nie wnikaliśmy co to, tylko przyspieszyliśmy kroku.

   Dzień trzeci, 25. 08.

  Pogoda miała dzisiaj wytrzymać aż do popołudnia, postanowiliśmy więc zaatakować najdłuższą i jak się okazało najtrudniejszą via ferratę w dolinie. Znajdowała się ona nad szosą pomiędzy Huben , a Langenfeld, w  pionowej ścianie  Burgsteinwand charakterystycznej dla okolicy i nazywała się Reinhard-Schiestl-Klettersteig na cześć pochodzącego z Ötztalu znanego wspinacza.
Bartek na Reinhard-Schiestl-Klettersteig
  Ferrata, obliczona na dwie godziny, pokonywała 300 m. w pionie, tak że zaparkowany przy szosie samochód i krowa pasąca się nieopodal były widoczne z coraz większej wysokości przez całe prawie dwie godziny wspinaczki.  Na szczęście najtrudniejszy, przewieszony odcinek był na samym początku. Męska część wycieczki pognała przodem, a ja na mało jeszcze wyćwiczonych rączętach, w ciszy i z determinacją walczyłam z własną słabością i oporną skałą. Miałam kilka podejść do rzeczonej przewieszki. W końcu się udało, a jak doszłam do pierwszego miejsca odpoczynku, chłopcy zapytali, co tak długo. Tu nastąpił bunt i powiedziałam, że nie będę szła na końcu i prowadziła samotną walkę, gdy oni opalają się niefrasobliwie. Przegrupowaliśmy się i dalej już było dobrze. Pionowa wspinaczka czasem z lekką przewieszką, przeplatana była bardzo eksponowanymi trawersami. Z ekspozycją nikt na szczęście nie miał problemów, choć takiego "luftu" pod nogami na poprzednim wyjeździe w Osttirolu, nie mieliśmy. W ogóle wszystkie drogi, jakie tu robiliśmy były jakby o stopień trudniejsze niż te dwa lata temu. Była to nasza druga ferrata na tym wyjeździe i w jej trakcie dochodziliśmy do wprawy w odpowiednim przepinaniu karabinków. Jest to połowa sukcesu przy pokonywaniu trudniejszych odcinków. Jeśli przepięcie zostawi się na moment największego przewieszenia, to człowiek niepotrzebnie traci siły wisząc na jednej ręce i sięgając gdzieś do buta po karabinek. Z każdym metrem nabieraliśmy wprawy i zdolności przewidywania następnego ruchu, co w moim przypadku niezbyt mocnych rąk, zaczęło procentować coraz większą frajdą i mniejszym zmęczeniem na następnych ferratach.
Trawers w górnym odcinku ferraty
  Po prawie dwóch godzinach ciągłej wspinaczki, mocno zmachani  i spragnieni wyszliśmy na idylliczną polanę i prawie zderzyliśmy się z tabliczką; "kaltes Bier-200m." i nazwa gasthausu. No lepiej nie mogli jej ustawić. Po krótkim oporządzeniu się z uprzęży pognaliśmy te 200m, które okazały się 500, ale zimne piwo było, a na dodatek jeszcze ciepły strudel.
  W restauracji siedziała grupka młodych ludzi i patrzyli ciekawie na nasze kaski przy plecakach. W końcu jeden nie wytrzymał i zapytał czy byliśmy na ferracie, patrząc na naszą nieletnią młodzież i siwe włosy co niektórych. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że owszem. Pytał jeszcze o wrażenia i czas przejścia. Trzeba było trochę przyszpanować, więc moje początkowe męki przemilczałam, a reszta" you know"  była raczej"cool". Czas też podaliśmy zgodnie z prawdą -1h. 45min. No to młodziak na to, że "szacun", bo oni szli powyżej 2h, ale robili dużo zdjęć. My też robiliśmy zdjęcia, ale przecież nie chodzi o to żeby się ścigać.
Chwila oddechu po trudniejszym odcinku
  Schodząc podeszliśmy jeszcze kawałek, aby przejść się tam i z powrotem po moście linowym zbudowanym niedawno nad kanionem schodzącym do Langenfeld. Potem ścieżką turystyczną wykutą w skale zeszliśmy do miejscowości. Po obiedzie, znowu w lekkim deszczu, odbyliśmy tylko mały spacer i zasiedliśmy do zajęć świetlicowych.

                                       Dzień czwarty, 26. 08.


 Zapowiedzi nie były zbyt optymistyczne i po wczorajszym ładnym dniu, znowu przyszedł czas na deszcz. Na szczęście miał być przelotny, więc postanowiliśmy pojechać na rowery, ale z uprzężami w odwodzie, jakby pojawiła się szansa na wejście w skałę. Z rowerami na bagażniku pojechaliśmy aż do miejscowości Sautens, leżącej prawie u wylotu doliny. Znalazłam tam ciekawą, okrężną trasę rowerową z jeziorem i rzeką po drodze. Deszcz trochę przybrał na sile, więc wyruszyliśmy zadrutowani po zęby w nieprzemakalne stroje. Okazało się, że zaraz przeszedł i potem było już tylko lepiej. W górę doliny pojechaliśmy prawą stroną Ötztaler Ache, by na wysokości miejscowości Oetz, wspiąć się krótkim podjazdem nad malownicze jezioro Piburger See. Tam wyszło nawet słońce, chcieliśmy więc objechać jezioro dookoła, ale zatrzymał nas zakaz jazdy na rowerach. Wędrówka pieszo też nie wchodziła w grę, gdyż nie wzięliśmy ze sobą zapięć do rowerów, a też chodzenie po kamieniach w butach SPD nie należy do przyjemności.
Piburger See
  Posiedzieliśmy trochę nad pięknym jeziorem, które jednocześnie jest kąpieliskiem i leśną drogą wśród potężnych omszałych głazów zjechaliśmy z powrotem do doliny, do miejscowości Habichen. Stąd można oczywiście jechać w górę, gdyż szlak rowerowy, w większości poza szosą, prowadzi przez cały Ötztal. My jednak tak ambitnych planów nie mieliśmy i ruszyliśmy najpierw prawym, potem lewym brzegiem rzeki z powrotem do Oetz. Tam przejeżdżając przez most, dostrzegliśmy grupę szykującą się do raftingu. Wkrótce ruszyły dwa pontony ubezpieczane przez dwa zwinne kajaki górskie. Pojechaliśmy równolegle z nimi, gdyż trasa rowerowa prowadziła cały czas wzdłuż rzeki. Fale były spore, ale nie umywały się do naszego "rock and rolla" na Iseli dwa lata temu. Wycieczkę zakończyliśmy w Sautens, po krótkim, lecz stromym podjeździe z doliny.
Wycieczka rowerowa przed Sautens
Miniferrata w wąwozie Auerklamm
  Zaczął znowu siąpić lekki deszcz, ale postanowiliśmy jednak wykorzystać nasze uprzęże i "zaliczyć" dzisiaj jakąś ferratę, choćby bardzo krótką. Przebraliśmy buty i ruszyliśmy najpierw do Oetz, potem w górę do Oetzterau. Tam zostawiliśmy auto przy drodze i zeszliśmy do wąwozu Auerklamm. Ścieżka turystyczna prowadziła przez most nad niesamowitym kanionem, potem do platformy widokowej, gdzie zaczynała się via ferrata. Było to właściwie strome, ubezpieczone, kilkudziesięciometrowe zejście na poziom małego jeziorka utworzonego pod wodospadem. Na drugiej stronie potoku zobaczyliśmy dalsze ubezpieczenia, nie było jednak możliwości się do nich dostać, bez wejścia do wody po pas. Aż się prosił jakiś mostek linowy. Może kiedyś był, ale zerwała
go woda. My w każdym razie wróciliśmy tą samą drogą na platformę i jak zwykle zbierając grzyby w lesie, wróciliśmy do auta.

   Dzień piąty, 27. 08.

  Poranny deszcz stał się tradycją tego wyjazdu. Tym razem lało ostro i zaczynaliśmy zdradzać oznaki zniecierpliwienia. Szybko się jednak wylało i nad naszym namiotem ukazał się Innerer Hahlkogel(2734m.), szczyt wiszący nad Huben, a jego widok zawsze wróżył poprawę pogody. Tak też się stało i z mocnym postanowieniem zaliczenia dzisiaj dwóch wodospadów ruszyliśmy do miejscowości Umhausen, leżącej mniej więcej w środku doliny.
  Na parking, który  służył też turystom zmierzającym do tzw. Otzi-Dorf, do wodospadu Stuibenfall, a także do pobliskiego kąpieliska, przybyliśmy jeszcze w lekkim deszczu. Wkrótce wyjrzało słońce, a my ruszyliśmy z początku z tłumem turystów, by jak najszybciej wyrwać się na cichą i spokojną ferratę
Most linowy nad wodospadem Stuibenfall
  Padła tu tajemnicza nazwa Otzi-Dorf. Otóż Otzi to pieszczotliwa nazwa hibernatusa- człowieka prehistorycznego znalezionego w lodowcu w okolicy Finnelspitze, na wysokości 3210m. przez parę niemieckich turystów w 1991 roku. Dobrze zachowane szczątki kazały znalazcom przypuszczać, że to ciało współczesnego turysty, Dopiero analizy laboratoryjne odkryły sensację, że mumia ma pona 3000 lat. Wkrótce wokół znaleziska wybuchło wiele sporów zakończonych procesami sądowymi. Jednym z nich był proces o to w jakim kraju został znaleziony Otzi, gdyż stało się to na granicy Austriacko-Włoskiej. Ostatecznie rację sąd przyznał Włochom i zrekonstruowany człowiek lodu znajduje się obecnie w Museo Archeologico dell' Alto Adige w Bolzano. Austriacy właśnie w Umhausen stworzyli całą wioskę z czasów Otziego, która jest atrakcją turystyczną głównie dla najmłodszych.
Bartek u szczytu wodospadu
  My natomiast wioskę minęliśmy obojętnie i już wkrótce napotkaliśmy most linowy przez potok, gdzie należało się ubrać w uprzęże i kaski, zostawić tłum walący na trasę turystyczną i ruszyć na ferratę. Należy zaznaczyć, że mimo sezonu turystycznego, nigdy na naszych żelaznych drogach nie mieliśmy problemu z dużą ilością ludzi. Czasem widzieliśmy kogoś wysoko nad nami, czasem gdzieś w dole, ani razu na nikogo nie czekaliśmy, ani nikt nie czekał na nas. Można było w spokoju i ciszy napawać się pięknem gór. Tutaj wprawdzie ta cisza przeszła w narastający huk spadającej wody, gdyż
Kamienny most wybity przez wodę, a za nim nasz most linowy
 z każdym krokiem zbliżaliśmy się do największego wodospadu w Tyrolu .Za potokiem nieubezpieczoną ścieżką w lesie podeszliśmy do właściwej ferraty i czując się jak małpki w cyrku pod spojrzeniami idących trasą turystyczną dokładnie na przeciwko nas zwiedzających, wspinaliśmy się w pięknym słońcu równolegle do spadającej wody. Na koniec mokrą, pionową ścianą prawie na granicy wody, doszliśmy na miejsce, gdzie potężny strumień  wystrzeliwał w przepaść. Ta siła żywiołu przez lata wybiła jakby most w skale, który łączył oba brzegi wodospadu. Przed tym mostem od strony spadającej wody widniał most dwu linowy, którym mieliśmy przejść na drugą stronę. Istniała opcja ominięcia mostu trawersem wprost na platformę widokową, ale jak moglibyśmy ominąć taką frajdę.
  Huk wody pozwalał tylko na porozumiewanie się na migi. Chodziło o ustalenie kolejności przejścia i żeby każdy miał fajną fotkę. Bartek przeszedł pierwszy mokry od pasa w dół, potem ja zaliczając lodowaty prysznic, a Krzysiek na końcu, też nie uniknąwszy kąpieli. Michy nam się cieszyły, adrenalinka buzowała i chcielibyśmy jeszcze.
  Droga powrotna zajęła nam więcej czasu niż to było w przewodniku, gdyż część drogi turystycznej była w remoncie, a to nią właśnie mieliśmy schodzić. Awaryjna trasa prowadziła dalszym szlakiem przez las. Mimo popołudnia i lekko psującej się pogody postanowiliśmy "zrobić" jeszcze Lechner Wasserfall.
Most linowy nad Lechner Wassefall
  Pojechaliśmy do miejscowości Lechn, kawałek w górę doliny i zaparkowaliśmy pod miejscowym muzeum etnograficznym i niedużym skansenem. Ruszyliśmy krótkim podejściem, które było przy okazji drogą krzyżową, do wejścia w ferratę. Najpierw był chwiejny mostek nad dziką rzeką, a
następnie pionowymi płytami i eksponowanymi trawersami  z widokiem na wodospad, dotarliśmy do rozwidlenia na dwa warianty: D-E i C-D. Ten pierwszy to tegoroczna nowość nie widniejąca w naszym ferratowym przewodniku. nie znaliśmy jego opisu i  byliśmy już zmęczeni pierwszą drogą, wybraliśmy więc wariant łatwiejszy, a i tak za chwilę chłopcy mieli swoje E na przewieszonym okapie, a ja mogłam go sobie spokojnie obejść bokiem.
Trudność E na skalnym okapie
  Na koniec znowu był dwu linowy most przez wodospad równie eksponowany jak ten na Stuibenfall , a nawet dłuższy. Za mostem był już koniec naszej klettersteig. Zejście jak zwykle obfitowało w grzyby i brusznicę. Do namiotu dotarliśmy prawie w ciemnościach, a prawdziwki smakowały wyjątkowo.

     

 

 

     Dzień szósty, 28. 08.

  Na dzisiejszy dzień zapowiedziana była pełna lampa od rana do wieczora, pora więc była ruszyć trochę wyżej w góry. Jeszcze kiedy planowałam, że pojedziemy do Stubaju, nie do Otztalu, znalazłam tam schronisko, wokół którego są w niedalekiej odległości rozmieszczone trzy via ferraty, z czego jedna w jakiejś diabelskiej dziurze. Schronisko nazywa się Franz Senn Hutte na cześć żyjącego w XIX  wieku propagatora alpinizmu i turystyki górskiej. Leży ono w bocznej od Stubaital dolinie o nazwie Oberbergtal.
Schronisko Franz Senn Hutte
  Dojazd autostradą, a potem w górę dolinami zajął nam ok. godziny. Na parking, skąd rusza się do schroniska, jedzie się wąską drogą asfaltową coraz wyżej i wyżej w samo serce gór. Czasem na drodze stoją krowy.  Parking jest płatny i był już prawie pełny. Pogoda przyciągnęła  w góry rzesze turystów, głównie Włochów, których słychać było już z daleka. Później spotykaliśmy ich koło schroniska i w dolinie, a gdy na koniec sobie poszli (okazało się,że była to jedna duża grupa), wokół zrobiło się przyjemnie cicho.
  Schronisko po godzinnym podejściu minęliśmy obojętnie i ruszyliśmy polodowcową doliną potoku Alpeiner Bach, by po piętnastu minutach osiągnąć wylot ferraty o wszystko mówiącej nazwie: Hollenrachen  (Piekielna Jama).  Zostawiliśmy nieopodal plecaki, gdyż mieliśmy wrócić w to samo miejsce,  "osprzęciliśmy" się, porzuciliśmy wszelką nadzieję i zanurzyliśmy w wilgotne i huczące ciemności tunelu wymytego w skale przez potok. Pierwszy odcinek wiódł trawersem nad spienioną wodą pod okapem ze skał. Było mokro, głośno, ciemno i ślisko. To była jednak dopiero przygrywka.
 
I niechaj żywi porzucą wszelką nadzieję
Na moment ubezpieczenia wyprowadziły nas na światło dzienne. Tam można było zakończyć przygodę i wrócić do początku. W dole zobaczyliśmy właściwą atrakcję dnia o kolejnej dźwięcznej nazwie:Hexenkessel (Kocioł czarownic). Schodziło się do niego, a raczej zsuwało idealnie gładkimi i mokrymi blokami skalnymi (w końcu przy roztopach i w czasie burz woda wali całym tunelem, a nawet nie zalecane jest wchodzenie do jamy po południu, gdy topią się lodowce). Ubezpieczenia kończyły się na występie skalnym nad kotłem, tam należało wpiąć się karabinkiem asekuracyjnym i dodatkowo jeszcze jednym na krótkiej taśmie. Potem tyrolką majdając nogami nad kipielą przeciągało się na
drugą stronę za pomocą wiszącej liny z węzłami. Ja szłam ostatnia i musiałam użyć trochę więcej siły przy przeciąganiu, gdyż nie zauważyłam w ciemnościach rolek, do których należało się wpiąć. Wyjście z kotła było jak przybycie do Ziemi Obiecanej. Tu łąka, kwiatki, krówki się pasą, a tam huk, ciemności i przerażający wodny żywioł. Para, która szła za nami kocioł sobie odpuściła.
Tyrolka w Hexenkessel
  Następna ferrata o nazwie Sommerwand mieściła się w niedalekim parku wspinaczkowym, na zboczu doliny. Ochłonąwszy nieco po podziemnych wrażeniach, ruszyliśmy w pięknym słońcu do podnóża skały. Sama droga żelazna niczym nie zaskakiwała, oferując przyjemną wspinaczkę o trudnościach C.  Niesamowite natomiast były widoki na lodowce i szczyty otaczające dolinę. Przy zejściu do plecaków dodatkową atrakcją była rodzinka świstaków, która bawiła się z nami w chowanego i nie była bardzo spłoszona.
  Ostatnia ferrata zaczynała się kilkaset metrów nad schroniskiem i nazywała się Edelweiss (Szarotka). Pół godzinna wspinaczka obfitowała w trudne i eksponowane miejsca, a szarotki też były
Widok z wylotu ferraty Sommerwand na lodowce i szczyty wokół doliny
i inne piękne kwiaty również. Okrężnym szlakiem turystycznym zeszliśmy do schroniska i poczuliśmy, że najwyższy czas na małe...piwo, a nawet i duże, oraz na apfelstrudel. Po odpoczynku zeszliśmy do parkingu, koło którego spotkaliśmy jeszcze jednego świstaka, a następnie na późny wieczór dotarliśmy na kemping.

  Dzień siódmy, 29. 08.


Most linowy rozpoczynający ferratę
  Poza porannymi zamgleniami, pogoda była dobra. W planie na dzień dzisiejszy była zupełnie nowa ferrata w Obergurgl, nie opisana w naszym przewodniku: "Ferraty Alp Austriackich" Csaby Szepfalusiego.  Informację o jej istnieniu znalazłam w folderze reklamowym miejscowej szkoły wspinaczkowej, w którym przeczytaliśmy, że za każdą z odbytych przez nas dróg trzeba zapłacić przewodnikowi średnio 50 euro od osoby.
  Ruszyliśmy więc w górę przez Sölden do miejscowości Obergurgl. Już od paru dni
zaobserwowaliśmy wzmożony ruch rowerzystów na szosie , pnących się mozolnie pod górę i zjeżdżających w dół. Ćwiczyli oni do mającego odbyć się w niedzielę 31. 08. corocznego maratonu rowerowego. Jego długość to 238 kilometrów, a przewyższenie: 5500m. Podobno najszybszym zajmuje to 7 godzin.
  Obergurgl to druga po Sölden miejscowość w dolinie obfitująca w trasy i wyciągi narciarskie. Jest to właściwie  stacja narciarska złożona wyłącznie z hoteli i sklepów. My natomiast ruszyliśmy w górę doliną za znakami informującymi o ferracie. Wkrótce osiągnęliśmy most linowy nad szalejącym potokiem. Tam należało rozpocząć asekurację.  Żelazna droga, o której nic wcześniej nie
Obergurgler Klettersteig
wiedzieliśmy, okazała się bardzo ciekawa, miejscami eksponowana, wisząca nad potokiem i trasą turystyczną, oferująca dwa mosty linowe. Przy pierwszym z nich. po ok. połowie wspinaczki, spotkaliśmy samotnego, starszego turystę, schodzącego ferratą. Robił to bardzo wolno i wyglądał na mocno zestresowanego. Na nasze pytanie o jakąś pomoc, odpowiedział przecząco, miejmy nadzieję , że zszedł bezpiecznie.
  Pogoda do końca wspinaczki wytrzymała, choć od lodowców ewidentnie szedł deszcz. Złapał nas dopiero przy dojściu do miasteczka, a jeszcze zdążyliśmy pojeść dzikich porzeczek ku wielkiemu zdziwieniu przechodzących turystów.
A ku ku
  Po obiadokolacji deszcz przeszedł i odbyliśmy jeszcze tradycyjny spacer po dolinie. pieszo-longboardowy (tzn. my pieszo, Bartek na longboardzie)

    

 

 

 

     

      Dzień ósmy, 30. 08.

    Zapowiadano deszcz ciągły. My nie uwierzyliśmy w ten defetyzm i dobrze zrobiliśmy. Ponieważ miała to być nasza ostatnia ferrata, padło hasło by spróbować trudności D-E. Wyczytałam w przewodniku, że jest tam też wariant obejściowy C, więc przystałam na to wyzwanie. Pojechaliśmy do wylotu doliny Ötztal, w okolicę autostrady do Insbrucka, do miejscowości  Silz nad  Innem. Wiele razy pokonywaliśmy autostradą tę trasę i nie przypuszczaliśmy, że nad nami, za kolejnym tunelem jest ferrata. 
  Nazwa drogi "Crazy Eddy" i trudność miejscami E nie nastrajały mnie optymistycznie. Od miejsca pozostawienia auta wspinaliśmy się stromo lasem do podnóża skał. W pewnym momencie było odejście na łatwiejszy wariant pierwszego odcinka. Wtedy chłopcy popatrzyli mi głęboko w oczy i zapytali z niedowierzaniem - nawet nie spróbujesz? - Co miałam robić? Poszliśmy wszyscy na trudniejszy wariant. Początek rzeczywiście był bardzo siłowy, prawie bez sztucznych ułatwień, często na tarcie. Chyba jednak ten tydzień codziennej wspinaczki zaowocował większą siłą rąk, a także lepszą techniką, w każdym razie dałam radę. Potem było łatwiej, choć rosła ekspozycja, a w dole coraz niżej leniwie płynął Inn i przesuwały się małe autka po autostradzie
   Na końcu drogi napotkaliśmy most linowy, gdzie dolna i górna lina były dość daleko od siebie, przeznaczony chyba dla koszykarzy, udało się jednak go pokonać, a na drugiej stronie była drabinka i dalsze zejście ubezpieczone. To zejście prowadziło jednak do pionowej skały, o czym wiedzieliśmy z przewodnika. Można go było pokonać tylko zjeżdżając na linie. Zjazd prowadził prosto do "pająka". niesamowitej konstrukcji z łańcuchów w kształcie sieci pajęczej. Tą siecią lub wiszącymi wąskimi drabinkami można było zejść do podnóża skały.
Walka w sieci
   Nie posiadaliśmy liny,  przekroczyliśmy więc z powrotem wąwóz w kruchym terenie i doszliśmy okrężną drogą do "pająka" i drabinek od dołu. Pobawiliśmy się wychodząc i schodząc różnymi wariantami sieci i drabinek (łańcuchy były dużo łatwiejsze niż drabinki) i przy lekko psującej się pogodzie wróciliśmy do auta. Ta ostatnia nasza ferrata podobała nam się, gdyż w przeciwieństwie do tych nowszych, oferowała klasyczną wspinaczkę wykorzystując ukształtowanie skały, bez przesadnej ilości żelastwa. Na szczęście pogoda wytrzymała bez deszczu, bo na mokrej skale byłoby dużo trudniej.
Drabinki i pająk
  Mieliśmy jeszcze trochę czasu do wieczora i postanowiliśmy przy lekkim deszczyku pobawić się znowu w szukanie skarbu . Tym razem mapka, którą pobraliśmy w informacji w Langenfeld zaprowadziła nas do miejscowości Winklen, a więc po drodze na nasz kemping. Trasa ok. 2 kilometrowa prowadziła najpierw nad rzeką, potem pięknym lasem, oczywiście pełnym grzybów i borówek. Atrakcją dla dzieci były stacje z wypchanymi zwierzętami leśnymi wraz z opisem, a także domek baby Jagi w niesamowitej scenerii omszałych głazów. Następnie było jeszcze leśne jeziorko i po ok. godzinie osiem "keszyków" zostało odnalezionych. Potem tylko wizyta w informacji i znowu kuferek z pamiątkami, tym razem z Langenfeld. Deszcz rozlał się na dobre i tak już było do końca dnia
  Pakowanie na drugi dzień odbyło się również w deszczu. Żałowaliśmy trochę rowerzystów na maratonie, którzy od ósmej rano pokonywali górskie przełęcze. Droga do Polski początkowo w deszczu, później przebiegała sprawniej i w lepszej pogodzie.


    Podsumowanie

  Pobyt w dolinie  Ötztal, mimo bardzo zmiennej pogody, dał nam wiele radości i fantastycznych przeżyć. Jak już kiedyś pisałam przy okazji pierwszej naszej wyprawy ferratowej, taki sposób wspinaczki i obcowania z górami, jest bezpieczny, przeznaczony dla każdego, a jednocześnie daje coś więcej niż zwykła podróż po szlakach turystycznych. Mała ilość ludzi w porównaniu ze ścieżką turystyczna, daje możliwość spokojnej kontemplacji krajobrazu, a także indywidualnemu zmaganiu się z własnymi słabościami i lękami. Nie ma możliwości, żeby na trasie komuś pomóc, podtrzymać, podciągnąć. Każdy jest sam na sam ze skałą i oczywiście powinien mierzyć siły na zamiary. W ekstremalnych warunkach miejscowe służby ratownicze jakoś ściągają niefortunnych "ferratowców", co jakiś czas na każdej trasie widnieje stosowny numer telefonu. Na szczęście nie musieliśmy z niego korzystać.
  Usytuowanie ferrat w dolinie  Ötztal stosunkowo blisko od miejsca pozostawienia samochodu
(najdalej podchodziliśmy ok. 45 min.) dało nam możliwość "zaliczenia" 10 dróg w ciągu 7 dni           (wliczając te trzy z doliny Stubaj).  Przy pewniejszej pogodzie na pewno poszlibyśmy jeszcze do ferraty Schwarzenkamm, do której należało podejść z Obergurgl ok. trzech godzin.
  Brakowało nam trochę słońca, ranne deszcze lekko "wkurzały", ale poza tym było super.

 


 

czwartek, 10 stycznia 2013

Ferraty rodzinnie, lipiec 2012



                                                                       Ferraty rodzinnie

         Artykuł wysłany do" npm" w grudniu 2013
15-25 07 2012r - Oberdrauburg, Austria
Via ferrata, via attrezzata, sentiero attrezzata, sentiero alpinistico, klettersteig, kletterweg, żelazna ścieżka, ubezpieczona droga wspinaczkowa, wszystkie te nazwy oznaczają jedno- „low risk-high fun”. Wspaniały, cudowny pomysł dający możliwość „dotknięcia” gór, nawet tych najtrudniejszych, najbardziej eksponowanych, każdemu kto zaopatrzy się w odpowiedni sprzęt, nie ma lęku wysokości, posiada pewne doświadczenie w obcowaniu z wysokimi górami i sprawność przeciętnie wysportowanego mieszkańca europy zachodniej( polska przeciętna sprawność jest trudna do określenia)
Nie będę tu zagłębiać się w techniczną stronę wspinaczki po via ferratach, od tego są specjalistyczne publikacje, pragnę natomiast oddać choć trochę tej radości jaką daje bezpośredni kontakt z górą, ścianą,skałą, kanionem spienionej górskiej rzeki. Jest to zupełnie inne obcowanie z górami niż ze szlaku prowadzonego granią, bezpiecznym stokiem, nawet naszą Orlą Percią (która dawno już powinna być ferratą przeznaczoną dla doświadczonych turystów, a nie tłumów w halówkach). Trudności można  dawkować w zależności od własnych możliwości i kondycji, są odpowiednie oznaczenia i informacje, sprzęt można kupić (dużo taniej niż przeciętny ekwipunek „prawdziwego” wspinacza) lub pożyczyć. Jeżeli ktoś jest zupełnie początkujący, na pierwszą ferratę można wybrać się z doświadczonym kolegą lub instruktorem. Zawsze, jak na każdej wycieczce w góry, trzeba dokładnie sprawdzić prognozę pogody (z większości żelaznych dróg nie ma odwrotu, ani wariantów skrótowych, a metalowe ułatwienia świetnie przyciągają pioruny).
Austria - ferratowy raj
   Mimo że, jak sama nazwa wskazuje, ojczyzną ferrat są Włochy, my wybraliśmy się do Austrii, bo  lubimy ten kraj zarówno w zimie jak i w lecie. W Alpach Austriackich poprowadzono do tej pory ponad 400 dróg ubezpieczonych i stanowi to prawie połowę wszystkich ferrat w Alpach. Bardziej wierzymy też w austriacką solidność przy konserwacji dróg, na których od tego czy ktoś co roku sprawdzi ich stan, zależy nasze życie. Czytaliśmy wiele artykułów o nonszalancji włoskiej związanej z „opieką” nad istniejącymi czasem już kilkadziesiąt lat drogami. Dlatego we Włoszech ferrat jest coraz mniej, a w Austrii coraz więcej. Nasz wyjazd nie miał być jakimś ekstremalnym zaliczaniem maksymalnej ilości dróg, ale wakacyjnym relaksem. Ferraty dotychczas tylko oglądaliśmy z daleka, chodząc turystycznie po alpejskich szlakach i zazdroszcząc tym wybranym, którzy są bliżej gór. W końcu zakupiliśmy trzy komplety odpowiedniego sprzętu, z Internetu nauczyliśmy się jak go używać(tzn. mąż się nauczył, a potem instruował mnie i syna, zaoszczędziliśmy jakieś 300€ za kurs). Ktoś po przeczytaniu tego fragmentu  pomyśli,że zwariowana rodzinka, w dodatku z nieletnim, po szkoleniu z Internetu pcha się w Alpy na ferraty, a potem tylko wypadki są. No więc nie jest tak do końca. Nie mamy po 20 lat, tylko „trochę” więcej, duże doświadczenie w górach, nieduże, ale zawsze jakieś, na skałkach i ściankach wspinaczkowych, a także (nie ma się co śmiać), w parkach linowych. Te ostatnie, mimo że sprawiają wrażenie tylko dobrej zabawy, to doskonałe przygotowanie do wspinaczki ferratowej. Wykonuje się te same zabiegi przepinania dwóch karabinków po kolei, też należy cały czas zachować najwyższą koncentrację, jest ekspozycja, a jaki świetny trening na ręce. Parki linowe w przeciągu ostatnich kilku lat pojawiały się w Polsce jak grzyby po deszczu, a nasze dzieci musiały zaliczyć każdy napotkany. My w sumie też, więc cała rodzinka się „wyrobiła”.
Wąwóz Pirkner Klamm
Jako miejsce startu, po długim wertowaniu dwutomowego  przewodnika pt. „ Ferraty Alp Austriackich”, autorstwa Csaby Szepfalusiego, wybraliśmy nieduże miasteczko pomiędzy Spittalem, a Lienzem: Oberdrauburg, nad wielką i rwącą rzeką Drawą. W odległości do 30 km, a czasem tuż za miasteczkiem, było kilkanaście dróg o różnym stopniu trudności i zróżnicowanym charakterze. Na drugi dzień po przyjeździe i zakwaterowaniu w małym, cichym pensjonacie u przemiłych starszych państwa,( którzy mówili po angielsku!!!),wybraliśmy się do Wąwozu Pirkner Klamm. Pogoda od rana była piękna i tak już miało pozostać. Wąwóz leżał dosłownie pięć minut jazdy od naszego pensjonatu.
  
 Radość  debiutantów
Trudność ferraty tu poprowadzonej była określona jako C-D, nie była to więc droga idealna na początek naszej przygody z tym sportem, ale po wgłębieniu się w opis niecenionego Csaba Szepfalusi, autora naszej „biblii” na najbliższe 10 dni,  to trudność D miała być tylko w jednym miejscu. Trudności są oceniane od A do E. My wkrótce się przekonaliśmy, że dla nas i naszego 13-latka najlepsze są drogi C-D (sorry, dla mnie, bo chłopcy nawet się nie spocili-tak twierdzą). W Pirkner Klamm długość ferraty określona była na 1,5 godziny i rzeczywiście tyle było, bez odpoczynków, podziwiania widoków, kanapek itp.  Przekonaliśmy się również na późniejszych drogach,że czasy są mocno „wyszpanowane”. Dokładny opis każdej ferraty jest w przewodniku, ja natomiast powiem tylko, że z każdym kolejnym przepięciem karabinka uśmiech nam się poszerzał, zniknęły obawy,że nie damy rady, po co ciągniemy tu dziecko, itd. Był tylko piękny kanion z huczącą wodą, tęczą pod każdym wodospadem, mostami linowymi, drabinkami, trawersami w  chłodnym oparze rozbijanej u naszych stóp wody. Ostatnią długą drabinką wydostaliśmy się na szczyt sztucznie stworzonej kaskady i po przeprawie na drugą stronę potoku po dość chwiejnej kłodzie drzewa ( była wysoka woda po opadach, więc normalnie chyba się po prostu przechodziło po kamieniach, ta wysoka woda jeszcze da nam w kość, ale nie uprzedzajmy wypadków). Po kanapkach i odpoczynku, zeszliśmy stromym, ale zwykłym, turystycznym szlakiem do parkingu u wylotu wąwozu. Adrenalina buzowała, było jeszcze dość wcześniej, byliśmy już guru ferrat, więc postanowiliśmy zaliczyć jeszcze jedną.
  Nad miejscowością Amlach, nieopodal Lienzu, na górze Rauchkofel, poprowadzono dość wymagającą, krótką drogę treningową, która w sam raz nadawała się na ukoronowanie tego pięknego dnia. Mieliśmy pewne trudności z jej odnalezieniem, gdyż jej początek znajduje się w gęstym lesie, a nikt nie pofatygował się, żeby na drodze jezdnej zaznaczyć początek szlaku. W końcu dopytaliśmy się w pobliskim „wypasionym” hotelu Tristacher i po znalezieniu sporej ilości kurek w lesie, trafiliśmy na start do ferraty. Doświadczenia w wąwozie przydały się, bo tu było znacznie wyżej( widok pod moim butem sięgał aż do Lienzu), i trochę trudniej. Daliśmy radę i z kurkami na kolację pojechaliśmy do naszego pensjonaciku.
   Na drugi dzień by dać opaść emocjom, zaplanowaliśmy wycieczkę rowerową. Nasza miejscowość, Oberdrauburg, leżała na trasie tzw. Drauradweg, czyli trasy rowerowej poprowadzonej wzdłuż rzeki Drau (Drawy) z Toblach we Włoszech do Mariboru w Słowenii. Liczy sobie ona ok. 360 km i jest podzielona na 6 etapów: Toblach, Lienz, Spittal, Villach, Vőlkermarkt, Lavamund, Maribor. Wzdłuż całej trasy jeździ pociąg, którym można przewieźć rower. My pojechaliśmy pociągiem na początek trasy, do Toblach i wróciliśmy po ok. 70 km do domu. Mimo że, przynajmniej na początku, było raczej w dół, to i tak był to niezły trening.
   
    Nareszcie w sercu gór
Laserz- Klettersteig
    Na następny dzień pogoda miała być jak drut, a potem miało się pogarszać, więc nie było na co czekać i postanowiliśmy „zrobić” najdłuższą zaplanowaną ferratę, w samym sercu Dolomitów Lienckich ( ktokolwiek jechał na narty do Osttirolu i przed Lienzem spojrzał w lewe okno, to wie jakie są piękne).  Ferrata nazywa się Laserz-Klettersteig i jest jedną z wielu ubezpieczonych dróg w cyrku skalnym wokół schroniska Karlsbader Hütte. Wybraliśmy ją, gdyż ma stosunkowo niedługie podejście( od schroniska Lienzer Dolomitenhűtte, gdzie za opłatą można dojechać autem, 1,45 godz.), trudności C-D i ma bardzo zachęcający opis w naszym przewodniku, cytuję: „Bez wątpienia to Laserz-Klettersteig aktualnie dzierży w tym paśmie palmę pierwszeństwa”. W sumie według czasów z przewodnika mieliśmy iść ok. 6 godzin, a sama ferrata to ok.2 godz. Wyruszyliśmy więc dość wcześniej, po dojechaniu niesamowicie krętą drogą do  Lienzer Dolomitenhutte i wcześniejszym uiszczeniu 7€ za wjazd, zostawiliśmy samochód( już bez opłat) i raźno ruszyliśmy w górę. Droga wiodła wpierw lasem, później z niesamowitymi widokami na szczyty Laserzwand (2614 m) i G. Sandspitze (2770m), otwartą halą aż na pośredni szczycik Auerling. Dalej idąc szlakiem turystycznym o nazwie Rudl-Eller-Weg, zeszliśmy do rozgałęzienia ścieżki turystycznej i łatwej, ale malowniczej ferraty  Zellinkőpfe. Tą drogą ubezpieczoną głównie ze względu na bezpośrednią bliskość kilkuset metrowych „luftów” w głąb doliny, doszliśmy do przełęczy Hohe Törl. Znowu szliśmy kawałek szlakiem turystycznym, od którego wkrótce odeszła dobrze oznakowana ścieżka podejściowa do początku ferraty. Zauważyliśmy  szykującą się do wspinaczki rodzinkę z trochę starszym od naszego syna chłopcem. Dość długo się „manelowaliśmy”, jedliśmy kanapki, wkładaliśmy uprzęże, kaski,rękawiczki. Mieliśmy nadzieję, że grupka dużo młodszych od nas ludzi wyglądających   na doświadczonych wspinaczy, pójdzie sobie do przodu, a my dopiero po jakimś czasie. Na szczęście dotąd na naszych ferratach  było prawie pusto, minięcie się jest bowiem bardzo trudne, a dyszenie komuś w plecy nie należy do dobrego tonu. Rodzina jednak czekała aż my pójdziemy pierwsi i dobrze, bo później okazało się, że idą bardzo wolno. My szliśmy sobie spokojnie własnym tempem, oczywiście ja na końcu, ale też nie tak na szarym. Obawialiśmy się pewnych trudności opisanych w przewodniku dla niższych osób, ale w tych miejscach gdzie  nasz Bartek nie sięgał nogami, zasuwał na samych rękach. U mnie ręce są najsłabszą stroną i pod koniec „darcia” wciąż w górę  i w górę przy dość skromnej ilości sztucznych ułatwień, miałam trochę dość. Wszystkie trudy wynagrodził nam widok ze szczytu na dolinę, otaczające ją szczyty i schronisko Karlsbader Hütte położone nad lazurowym stawem. Oczami duszy widzieliśmy już szklaneczkę zimnego weizena i cieplutki apfelstrudel. Spędziliśmy jednak na szczycie sporo czasu, leżąc na słońcu. Nagle całkiem blisko, na wysokości ok. 2700m,usłyszeliśmy głośne beee! Okazał się, że odpoczywamy sobie na pastwisku sporej grupki baranów i owiec, które spędzają tu miesiące bez śniegu, nikt ich nie pasie, a pętają się po dużych ekspozycjach, jak nasze kozice. Barany w różnych kolorach pojawiały się to tu to tam podczas całego zejścia do schroniska, które prowadziło bardzo nieprzyjemnym piarżyskiem. W schronisko było i piwko i strudel i inne pyszności. Następnie popatrzyliśmy tęsknie w kierunku szczytów otaczających dolinę, gdyż prawie na każdym z nich jest poprowadzona ferrata. Wymagają one jednak zanocowania w schronisku, gdyż podejścia są dość przeciągłe. Mamy plan,żeby na przyszły rok posiedzieć dwa, trzy dni w Karlsbader Hütte i „zrobić” wszystko dookoła. Na razie zeszliśmy dnem doliny z powrotem do auta i mocno zmęczeni, ale zadowoleni ruszyliśmy serpentynami w dół
 Otoczenie Karlsbader Hutte
      Śnieg i fale Iseli w przerwie we wspinaniu
   Następnego dnia w ramach relaksu pojechaliśmy na wycieczkę na Mőlltaler  Gletscher. Pogoda znowu dopisała, chociaż „na styk”, bo pół godziny po zjechaniu kretem do doliny rozpętała się zapowiadana zresztą burza. Na lodowcu oglądnęliśmy trening różnych grup narciarskich na całkiem sporym i stromym stoku pod szczytem Shareck (3123m), wyszliśmy sobie na sam szczyt, a potem zjechaliśmy na butach, a co jakiś czas na organizmach, żałując, że nie mamy choćby jabłuszka do zjazdu.  Na następny dzień zapowiadany był deszcz, więc wymyśliliśmy sobie rafting rzeką Iselą, prawym dopływem Drawy i po długim przekonywaniu pani z firmy organizującej tę zabawę, że jesteśmy już doświadczonymi „pontonowcami”, a Bartek ma prawie 16 lat, udało nam się załapać na trudniejszy i dłuższy spływ. Znając ostrożność i zachowawczość Austriaków, spływ tzw. rodzinny, do którego chcieli nas wrzucić, polegałby na czymś podobnym do naszego Dunajca. Nasza wersja nazywała się znacząco: „ Rock and roll” i było naprawdę ostro. Miało być jednak o ferratach, więc o raftingu będzie kiedy indziej.
       
      Ferrata w blasku fleszy
Galitzenklamm
       Po dwudniowym pogorszeniu pogody, kiedy przez nasze miasteczko przeszło kilka niezłych burz, wreszcie zaświeciło słońce i postanowiliśmy wrócić do wspinaczki. Znowu wybraliśmy drogę wąwozem, tym razem nazywał się Galitzenklamm  i leżał w okolicy wspominanej już miejscowości Amlach, niedaleko Lienzu. Wąwóz jest atrakcją turystyczną, gdyż prowadzi przez niego trasa dla „zwykłych” ludzi, a pod mostkami i balkonami wiszą „ferratowcy”. Czasem, gdy spojrzało się w górę, można było zobaczyć wycelowany w siebie obiektyw aparatu. Zanim jednak poszliśmy na właściwą drogę, zaraz za wejściem zobaczyliśmy znaki do innej ferraty. Była to bardzo sympatyczna i malowniczo poprowadzona ścieżka szkoleniowa, dobre rozwiązanie dla każdego, kto zaczyna tę przygodę. Potem już był wąwóz i  ferrata ok. półgodzinna, ale miejscami przewieszona i przynajmniej dla mnie, mocno siłowa. Na koniec jeszcze mostek linowy i zejście trasą turystyczną. Słońce stało jeszcze wysoko, postanowiliśmy więc zmierzyć się z drogą, gdzie w opisie widnieje miejscami literka E. Po obiedzie zapakowaliśmy sprzęt do sakw rowerowych, wsiedliśmy na nasze rumaki i pojechaliśmy do niedalekiego Irschen, gdzie zaraz przy drodze rozpoczynała się nasz ferrata. W przewodniku z 2010 roku, a więc nie bardzo starego istniał dokładny opis „ferraty szkoleniowej  Koflwand”, nawet była piękna tablica na miejscu, tylko jakoś dziwnie przekreślona sprayem. Okazało się, ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu, że droga jest zniszczona, a sam początek został zdjęty, aby nikt w nią nie wchodził. Pochodziliśmy jeszcze wokół skał, aby znaleźć jakiś inny wariant wejścia w ferratę, ale było to niemożliwe.
        
        Kanioning mimo woli
Mauthern Klamm
   Nasz pobyt zmierzał ku końcowi (jeszcze tylko dwa i pół dnia), prognoza była dość niepewna, z możliwością burzy ok. 13, postanowiliśmy więc znowu wejść w wąwóz, a nie pchać się na szczyty. Wybór padł na Klabautersteig w wąwozie Mauthern Klamm, położonym nad miasteczkiem Kotschach-Mauthen, przy drodze granicznej z Austrii do Włoch przez przełęcz Plőckenpass (1357m).  Opis trasy zajął naszemu guru Csabie ok. 10 linijek chyba jednak jej nie przeszedł, bo zdanie: ”oryginalna trasa o charakterze ferraty i jednocześnie kanioningu „  nie oddaje małego horrorku, który dane nam było przeżyć. Zaczęło się niewinnie, a wręcz sielankowo malowniczo położoną przy wejściu do wąwozu trasą treningową poprowadzoną po skale nad wykutą w niej bramą, ok. 15 min. w jedną stronę. Słoneczko przygrzewało, migaliśmy sobie fotki na skale, gdy naszą uwagę przykuła tablica informująca, że dalszą droga może miejscami prowadzić przez wodę. Uśmiechnęliśmy się z wyższością doświadczonych „ łaziorów”, co to myśmy wody nie widzieli. Raz w Słowackim raju po wiosennych roztopach zasuwaliśmy przez Wielki Sokol  2 godziny po kolana w lodowatym potoku. Mauthern Klamm szybko jednak zweryfikował nasz pogląd na chodzenie w wodzie. Weszliśmy w coraz bardziej mroczny i zimny kanion, tak na oko przypominający  wspomniany Słowacki Raj, tylko ze trzy razy wyższy, a potok po niedawnych burzach przypominał raczej rwącą rzekę. Z początku szliśmy dawną trasą turystyczną,która skończyła się dość  gwałtownie urwaną żelazną konstrukcją, a dalej skąpo rozsiane czerwone maźnięcia na skałach informowały nas, czy droga prowadzi lewą, czy prawą stroną potoku. Pierwsze  przejście przez wodę pokonaliśmy grzecznie z butami w ręce, wkrótce, nie dość że ubraliśmy buty, to jeszcze wszystkie ubranie, które mieliśmy w plecakach. Dalej droga przez ok. godzinę nie wskazywała na to, że idziemy ubezpieczoną ferratą, nie było żadnych ułatwień, stalówek, ani drabinek, tylko beztroskie czerwone maźki, którymi przestaliśmy się przejmować i drogę wybieraliśmy „ na czuja”. Myśl, żeby zawrócić, pojawiła się już po paru trudniejszych przejściach przez rzekę, gdzie nawet użyliśmy taśm do asekurowania się nawzajem. Świadomość,że mamy jeszcze raz pokonywać tę lodowatą kipiel kazała nam jednak przeć w górę. Nie robiliśmy jednak nic na siłę, ale z głową. Bartek cały czas był przypięty taśmą do męża. Ja tym razem szłam pierwsza i wynajdywałam najpłytsze miejsca do przeprawy. W miejscach, gdzie woda sięgała nam do ud, a Bartkowi do pasa, a prąd mógł kogoś znieść w niebezpieczne miejsce, asekurowaliśmy się nawzajem i niwelowaliśmy niebezpieczeństwo do zera. Wkrótce problemem okazały się zamarznięte stopy,w których całkowicie straciliśmy czucie. Na mikroskopijnej łasze kamieni, na którą padało słońce, zarządziliśmy postój i rozcieranie stóp. Trwało to chwilę, zanim krew zaczęła z powrotem krążyć, teraz trzeba było liczyć, że mniej będzie chodzenia po wodzie, a więcej po skale, a poza ty cały czas iść, nie stać, bo tylko w ten sposób można było utrzymać ciepło przy całkiem mokrych ubraniach. Gdzieś po godzinie stalowe stopnie wyprowadziły nas z wody na skały. Teraz droga bardziej przypominała ferratę niż kanioning. Pojawiały się kolejne wodospady, które pokonywaliśmy przy pomocy drabinek. Co jakiś czas trasa prowadziła przez wodę, ale to już było nic w porównaniu z początkowym głębokim nurtem od ściany do ściany.    Wąwóz rozszerzył się i wpuścił słońce, więc grzaliśmy się w nim zachłannie, o wysuszeniu jednak nie było mowy. W czwartej godzinie ciągłych zabaw z potokiem: ”czy on będzie górą, czy my?”, czuliśmy, że przemarznięte mięśnie dają nam się we znaki. Na koniec idąc za bardzo enigmatyczną strzałką w górę, pokazującą wyjście z wąwozu, musieliśmy wspiąć się  stromym stokiem do małego parkingu przy szosie prowadzącej na Plőckenpass. Tam próbowaliśmy się trochę ogarnąć i założyć to, co kto miał jeszcze suchego, ku wielkiemu zdziwieniu pasażerów przejeżdżających drogą samochodów (a ci skąd się tu wzięli?). Następnie po kilkudziesięciu metrach szosą, znaleźliśmy szlak do tzw. Romerweg (Drogi Rzymian) i nią zeszliśmy do parkingu przy kąpielisku w Mauthen, gdzie zostawiliśmy auto. Podsumowując, droga była jednak zdecydowanie bardziej kanioningiem niż ferratą. W połowie dogoniła nas grupka osób w piankach i butach gumowych. Potem jednak chyba zawrócili, bo dalej ich już nie widzieliśmy. Myślę, że warto wrócić do Mauthern Klamm w odpowiednich strojach i z nastawieniem na wodę, wtedy może bardziej docenilibyśmy piękno tego miejsca, które trochę uciekło wskutek zimna, stresu czy nie przyjdzie burza i woda nas zmyje, niepewności co do długości trasy. Na pewno był to dobry sprawdzian hartu ducha rodziny, gdyż nikt nie „wymiękł”, zachowywaliśmy poczucie humoru i nikt nie zapytał: „czyj był ten kretyński pomysł i kto nie doczytał,że trasa ma zająć 4 godziny? ( a pomysł był mój).
Tunel Costellone
    Urwany most i powojenny tunel.
  Ostatni dzień miał być połączeniem ferraty i wycieczki do stóp lodowcowego świata trzytysięczników doliny Maurer Tal. Tym razem dojazd z Oberdrauburg zajął nam ok. 1 godziny, ale pamiętaliśmy Virgental i okolice Pragraten am Großvenediger z ostatniej zimy. Do Stroden, czyli miejsca skąd zaczynała się nasza wędrówka, tej zimy dobiegliśmy na biegówkach pięknie przygotowanymi trasami, pokrywającymi całą dolinę. Ruszyliśmy przy pięknej pogodzie z zamiarem odnalezienia ferraty o zachęcająco brzmiącej nazwie: Wilde Wasser, która miała nam się ukazać mniej więcej w 2/3 podejścia do schroniska Essener-Rostocker Hütte. I owszem znaleźliśmy początek trasy, czyli niebieski most linowy nad ową „dziką wodą”, ale niestety zerwany. Było to już drugie rozczarowanie podczas tego pobytu, jeśli chodzi o przygotowanie dróg. Nawet zamierzaliśmy zadzwonić z zażaleniem do opisanych jako odpowiedzialnych za utrzymanie trasy, przewodników wysokogórskich grupy Venedigera, ale nasz niemiecki pozostawia wiele do życzenia, a na znajomość angielskiego jakoś nie liczyliśmy. Próbowaliśmy jeszcze szukać innego przejścia, ale widać było,że wiele umocnień jest poniszczonych prawdopodobnie przez ostatnie burze i ulewy. Pozostało nam dalej wędrować do schroniska i podziwiać wyłaniające się przed nami lodowce grupy Venedigera i straszące burzą szczyty grupy Lasőrlinga za nami.
  Na dzień wyjazdu, zaplanowaliśmy jeszcze jedną atrakcję, a mianowicie ferratę tunelem. W drodze powrotnej chcieliśmy jeszcze zahaczyć o Wenecję, która była tylko o 2,5 godziny jazdy z Oberdrauburg. Najkrótsza droga wiodła przez Plőckenpass, z której to przełęczy odchodzi wiele ferrat. Pogoda od rana nie była najlepsza, siąpił lekki deszcz, tunel był wiec najlepszym rozwiązaniem. Pożegnaliśmy się z naszymi wspaniałymi gospodarzami, obiecując sobie i im,że na pewno tu wrócimy i ruszyliśmy na przełęcz. Tam zostawiliśmy auto i wraz z kilkoma innymi zespołami, przygotowaliśmy się do wspinaczki. Po 15 min. od przełęczy naszym oczom ukazał się mało zachęcający otwór w skalnej niszy. Costellone to przywrócony do użytku dawny tunel wojenny, pamiętający tę ważniejszą dla krajów alpejskich wojnę czyli rok 1915. Tak jak tunele i drogi ubezpieczone w Dolomitach włoskich, tak i tutaj służyły one żołnierzom do bezpiecznego ukrywania się i przemieszczania podczas długich i krwawych działań wojennych I Wojny Światowej. Nasza ferrata była trochę nowsza, ale napis, że ostatni przegląd miał miejsce w 1975 roku nie zachęcał do wejścia. Przejście wilgotnego, krętego i coraz bardziej stromego tunelu nie nastręczało wielu problemów, na śliskiej skale bardzo przydały się stalowe stopnie i drabinki, za to oferowało nowe przeżycia i wrażenia. Czołówki przydały się, aczkolwiek wybite co jakiś czas otwory w skale dawały trochę światła. Po ok. 0,5 godziny  wyszliśmy z mroku na szlak wiodący do następnej ferraty, o nazwie: Weg ohne Grenzen. Ta i wiele innych,musiały pozostać w planach na następny rok, gdyż siąpiący deszcz i nasza droga do Włoch kazały nam pożegnać się z wielkim żalem z Alpami i ferratami. Czekało nas jeszcze ciekawe zejście na przełęcz, drogą również wybitą w skale dla wojska  prawie 100 lat temu, poprzez krótkie tunele i półki.

                                                                                                                                                                                                                            P  Podsumowanie            
   
Dodaj napis
Wspinaczka po ferratach, z przestrzeganiem podstawowych zasad zachowania się w górach, to cudowna alternatywa dla już nie turystów, a,  jeszcze(może nigdy),nie alpinistów. Postanowiliśmy  na następny rok wrócić do uroczego miasteczka Oberdrauburg,  wokół  którego zostawiliśmy jeszcze tyle dróg. Cały czas kusił, choć lekko przerażał długością podejścia,wiszący nad naszymi głowami  Hochstadel (2681m), najbliższy szczyt naszego pensjonatu. Pozostały ferraty idealne do wejścia ze schroniska Karlsbader Hütte, a także wokół przełęczy Plőckenpass i w Grupie Venedigera.  Ciekawa jestem czy doczekamy się kiedykolwiek ( no może nasze dzieci) takich dróg w Tatrach, Karkonoszach, Pieninach, czy choćby na Jurze. Poprzez bezpieczną wspinaczkę na ferratach, każdy może się świetnie bawić, oswajać z wysokością, doskonale trenować wszystkie partie mięśni. Wszędzie na zachodzie są one oczywiście całkowicie bezpłatne. U nas nie istnieje jeszcze myślenie globalne i kalkulowanie zysków z podniesienia atrakcyjności regionu. Nie prędko więc doczekamy się naszych, rodzimych „żelaznych ścieżek”.


Informacje Praktyczne

Dojazd
Samochodem to ok. 9 godzin z Krakowa, przez Ostrawę, Brno, Mikulow, Wiedeń, Graz, Klagenfurt, Spittal, Oberdrauburg- według Google Maps to ok. 911km. Nasze wycieczki odbywały się w Dolomitach Lienckich(Wąwóz Pirkner Klamm- okolice Oberdrauburg, Laserz-Klettersteig, Ferrata Zellinkopfe, Kranenwitsteig, Wąwóz Galitzenklamm-okolice Amlach), Alpach Karnickich(Wąwóz Mauthern Klamm- okolice Kőtschach Mauthen. Tunel Costellone- Przełęcz Plőckenpass) i Grupie Venedigera(podejście do Essener-Rostocker Hütte). Wędrowaliśmy więc  na granicy Karyntii i Osttirolu.
Noclegi
Najlepsze są apartamenty, które w lecie są tańsze niż w zimie. Cena za ok. 50m2  w okolicach Lienzu to ok. 50 € za dobę, my zapłaciliśmy za nasze gniazdko jeszcze mniej, ale nigdy nie zdradzimy, gdzie to jest. Dobrym, ale droższym rozwiązaniem jest nocleg w schroniskach, jeżeli się chce mieć szybki dostęp do ferrat. Cena w Karlsbader Hütte za osobę to 26€ bez wyżywienia+ dodatkowo 27€ za półpensję.  Przy takich cenach można zastosować wersję łączoną: głównie apartament i dodatkowo 1 lub 2 noclegi w jakimś wysokim schronisku. Jest też sporo kempingów, także w Oberdrauburg, cena za 2 osoby i namiot to w pełnym sezonie ok. 25€
Sprzęt
Uprząż biodrowa, atestowany zestaw  autoasekuracyjny typu „Y”, na który składają się 2 karabinki ferratowe i lonża z liny lub taśmy z absorberem energii amortyzującym ewentualne odpadniecie dodatkowa taśma o nieznacznej długości (do odpoczynku na trudniejszym odcinku), kask wspinaczkowy, rękawiczki ferratowe( nie są niezbędne ale bardzo się przydały w kontakcie z ostrą skałą lub postrzępioną stalówką), średnio-sztywne buty górskie. Szczegóły sposobów używania tego sprzętu można znaleźć we wspomnianym już przewodniku
Mapy i Przewodniki
 Korzystaliśmy  z trzech map Kompassu: nr. 48 - Lienz, Schobbergruppe, nr.47 - Lienzer Dolomiten, Lesachtal i nr. 46 - Matrei in Osttirol, Kals am Großglockner, wszystkie 1:50 000. Najważniejszy był Przewodnik „Ferraty Alp Austriackich”, Csaby Szepfalusjego wydany przez Sklep Podróżnika w 2010 roku.